Strona:Maria Rodziewiczówna - Rupiecie.pdf/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Człowiek oprócz kiszek do trawienia i mózgu do interesów — ma jeszcze coś więcej. Ja na sumieniu mam was — dzieci — to wy zmarnowani przez nas. Ale wnuków nie godzi się zmarnować karjerą i materialnym bytem. Cóż to? ja ich strzegłem? pilnowałem, uczyłem? Byli ci posłuszni — do czasu, jak czas przyszedł — posłuchali powołania. Ty się o nich nie lękaj — wrócą tu wszyscy — i pozostaną — i będą pracować dobrze — choć inaczej jak ty!
— Zobaczymy! — sceptycznie mruknął ojciec.
Jednakże na wakacje wezwał starszego syna do domu i znowu zjechało się troje.
Stary pan bardzo na siłach podupadł — już tylko o kiju, powoli po sadzie się suwał. Ale gdy ich zobaczył, rozpromieniła mu się twarz, i wyprostował się i patrzał po nich z lubością, z jaką oręże stare oglądał.
— Ho, ho, ho! Mogę już odejść. W gnieździe orlęta porosły — upierzone! Czujecie skrzydła. Co? Ale jedno już tu zostać musi. Nie zdołam już nic, trza mi spadkobiercy. Które?
Popatrzyli po sobie, a potem wszyscy mężczyźni na dziewczynę.