Strona:Maria Rodziewiczówna - Rupiecie.pdf/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ha, przechowało się. A zbierało od pięciu pokoleń. Uważasz, coraz skromniejsze, uboższe. Ot — widzisz, dziada mundur — a ot mój.
Wskazał ułańską kurtkę ze śnieżnemi wyłogami, a obok bluzę szarą, pasek z krajki, jedwabną koszulę.
— Zkapcanieliśmy? Co? Skończyliśmy na takim garniturze.
Podniósł ze skrzyni i rozwiesił na drzwiach świtę szaroburą — bez formy, i takąż czapkę z uszami.
— Ciężko było w tem iść — ale mocna — wytrzymała, praktyczna do wojażu. Widzisz dwa G na plecach — na twojej uczniowskiej czapce taki sam znak: Ty mi tę swoją czapkę i bluzę tu dasz. Kiedyś, gdy na nie spojrzysz — zrozumiesz ciąg naszej historji, i swoim dzieciom wytłumaczysz. Wykpiłeś się od zguby — pójdziesz w świat — pamiętaj, że wrócić tu musisz, i coś dołożyć do tego lamusu, a przynajmniej, co tu jest, uchować. Dlatego spis zrobimy, zanim odejdziesz! Siadaj tam, książkę czystą ci przygotowałem — pisz, będę dyktować.
Kilka dni spędzili przy tem zajęciu. Stary porządkował, przekładał i mówił — młody