Strona:Maria Rodziewiczówna - Rupiecie.pdf/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Chłopak się rozejrzał. Kufrów, pudeł, skrzynek pełno było w lamusie.
— Dziadunio tu skarby ma!
— Ha, jak co, jak komu. Te szable Anglicy kupili.
— Szkoda dziaduniowi je oddać.
— Nie! Za nie wykupię piekłu jedną duszę.
Odłożył szable nabok, jął ze skrzyni wydobywać strzelby i wycierać je z zimowej pleśni. Słońce biło całą pełnią do tej izby mrocznej, i starzec każdą sztukę broni pieścił, polerował, cieszył się tym widokiem. Zaciekawiony chłopak obok niego usiadł, przyglądał się.
— Sześć się tylko uchowało. Miałem piętnaście. Leżały zawsze w lamusie, jeszcze za mego ojca. Jak przyszła ruchawka, rozdałem dziesięć i poszliśmy z niemi w lasy. Pięć matka schowała, te co już swoje odbyły. Zakopaliśmy je z matką tutaj — w loszku. Dobra schowka była, bo nikt nie znalazł. A jakeśmy przegrali — tom i tej com miał — nie dał wziąć. Schowałem w drzewo. Lata tam czekała — wróciłem — znalazłem — i ona tu swoje miejsce wysłużyła. To ta — moja!