Strona:Maria Rodziewiczówna - Rupiecie.pdf/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Chłopak popatrzał na dziada — zamyślił się, potem się gorzko uśmiechnął.
— Mnie nikt nie wezwie, ja jestem niczem — nie posiadam nic!
— Dobrześ się uczył — o dobrze. Skorzystałeś z gimnazjalnych podręczników i wykładów! — burknął dziad.
Wiosną, w kwietniu, chłopak wałęsając się po sadzie, zobaczył drzwi lamusa otwarte, i zajrzawszy tam, zastał dziada siedzącego nad skrzynią, z której dobywał stare rusznice.
— To dziadunio ma całe muzeum starej broni, — rzekł zaciekawiony.
— A dobrze żeś przyszedł, to mi pomożesz. Nazbierało się tu tyle rzeczy, trzebaby spis sporządzić. Jak umrę, to tu nikt się nie zorjentuje. A tu i cenne rzeczy są — ot te dwie szable — sprzedałem je — wziąłem tysiąc rubli — unikaty. Są u nas od barskiej konfederacji. Dobrze były schowane — tyle lat w ziemi leżały — plamki rdzy mają — a może krwi...
— Skąd dziadunio wie, że one z barskiej konfederacji?
— Zapisane jest — tam w tym kufrze, w papierach.