Strona:Maria Rodziewiczówna - Rupiecie.pdf/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tylko nie ja! — rzekł dziad. — Lękasz się, to zwołaj swych oficjalistów, i powiedz, że ty im zabraniasz dzieci przysyłać do twego domu na naukę. Powiedz!
Wszyscy umilkli. Dzieci chodzić nie przestały.
— Ojciec zgubi tę dziewczynę. Całe szczęście, że to nie chłopiec! — pomyśleli rodzice.
Ale po roku zaczęło się coś i z chłopcami psuć.
Młodszy nie zdał egzaminu, na wakacje przyjechał ponury i zbuntowany, starszy zaczął napomykać, że chce przenieść się do innego gimnazjum, że wytrzymać nie może prześladowań.
Podczas wakacyj młodszy, ozięble traktowany przez rodziców, zaczął się garnąć do siostry i dziada. Wyznał, że nie uczył się wcale — przystał do stowarzyszenia, które „nowy zaprowadza ład“ — miał w głowie chaos pojęć, i szalonych mrzonek. Zaczęli się zajadle kłócić z dziewczyną, ale byli nierozłączni.
Starszy trzymał się na uboczu, i kłócił się z rodzicami o to przeniesienie.
Wszyscy byli nieswoi, rozgorączkowani lub zgnębieni, tylko stary pan pykał fa-