Strona:Maria Rodziewiczówna - Rupiecie.pdf/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


który ich uczył pieśni i wierszy, opowiadał stare, straszne historje.
Gdy podrośli — do szkół ich wysłano, do gimnazjum w powiatowem dalekiem mieście, dziewczynę na pensję do Warszawy — wracali tylko na wakacje, pisywali rzadko, coraz gorszą polszczyzną. Donosili, że na „Maśnicę mieli rozwleczenie“, że przejezdny kurator „miał do nich rzecz“. Na wakacje przyjeżdżali wynędzniali, wylękli, mówili tylko o trudnościach nauki, o wybiegach, by się nie skompromitować, uczyli się, nie żeby co umieć, ale by prędzej skończyć, powoli zatracali wszelką indywidualność i nie mieli żadnych duchowych aspiracyj.
Rodzice powtarzali im jedno: „Uczcie się, cierpcie, milczcie!“ Dziad nie mówił nic, nie przeczył, tylko patrząc na te dzieci, miewał czasem w oczach czerwone błyski wściekłości, lub mętność łez.
Uciechą jego i towarzystwem stała się wtedy dziewczynka.
Ta podczas wakacyj przedrwiwała mowę braci, stawała zuchwale do dysputy z matką, porywała się nawet do przeczenia ojcu.
Był to duch niesforny, buntowniczy, krytyczny.