Strona:Maria Rodziewiczówna - Rupiecie.pdf/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


We dworze zmieniło się wszystko, ludzie i rzeczy.
Były pożary, klęski, przychodziły zmiany stosunków i warunków — przebudowano gumna i obory, czworaki, oficyny, dom mieszkalny — tylko lamus trwał. Żywica, bursztynową patyną pokryła ściany, dębowe drzwi sczerniały, słupy były podparte, dach zielony od mchów — ale zresztą staruszek był krzepki. Stary pan go pilnował troskliwie. Któregoś roku burza zerwała chorągiewkę; miano zatknąć nową — ale z wiosną, bocian, spędzony ze stodoły, którą pokryto dachówką, tam się zagnieździł, więc go nie rugowano, a datę dłótem wyrżnięto nad drzwiami.
Stary pan dzieckiem bawił się w tym ogrodzie, gospodarzył w tym dworze, potem ustąpił dwór bratu, sam osiadł w majątku żony, potem i stamtąd ustąpić musiał — „wojażował“ jak mawiał, do kirgizów. Żonę i dzieci brat zabrał. Gdy „wojażer“ do kraju powrócił — brata już nie zastał — umarł bezdzietnie.
Dzieci się wychowały i wykształciły. Dwóch synów służyło w Rosji — jeden został przy ojcu na ziemi. Córka wyszła za-