Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się bochen chleba, wielki jak młyńskie koło, garnek, w króbce okrasa, krupy, cebula, banieczek na wodę, siekiera, stary kożuch, w kieszeni jest nożyk, krzesiwo i hubka, — i nikną na załomach rzeki lub w brodzie. Tam na miejscu z wprawą pierwotnych istot zakładają szałas ze starych szuwarów, ognisko nigdy nie gasnące a dymne w obronie od komarów — i stają do roboty. I to jest okres, w którym leniwy powolny Poleszuk staje się wzorem pracy i wzorem fizycznej wytrzymałości. Kosi często w wodzie, siano przenosi na plecach, na suche, na kopice, zapada często w trzęsawisko, okrążać musi zdradne pułapki, cierpieć nieustannie od rojów komarów, meszki, bąków — unikać napaści żmij, a wszystko często w deszcz, we mgłach, w bezustannej wilgoci.
Rzadko, bardzo rzadko bywają pomyślne sianokosy, zwykle to kilkotygodniowa ciężka walka z terenem i klęską Polesia — deszczem. I jest w tej walce zaciekłość cicha, cierpliwa, przez wieki zrośnięta z duszą Dmytrów i Iwanów. Stopami swemi, obutemi w postoły, przemierzą z końca w koniec te tysiące kilometrów bagien, ramionami swemi i rzutem drobnej kosy zbiorą wszystką trawę. Co roku zwyciężają!
Wszyscy stają do szeregu, wsie wyludniają się, idą do siana kobiety, wyrostki, dziewczątka, starzy, póki im sił starczy. Na plecach, czółnami, na drągach znoszą, zwożą siano do stożysk, ubezpieczają ten plon przed deszczem. Kto zliczy