Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wokoło kramów z żelazem kupią się Dmytry i Iwany, szare, niepozorne, robocze wojsko tej krainy. Coraz to zadźwięczy stuk małych kos, uderzony na hejnał kampanji corocznej, od wieków jednakiej. Rozhowory, rady, opowieści o znakach, o klingach, czasem dziedzicznych, znanych na wsiach, jak niegdyś damascenki, szerpentyny szlacheckie. Poleszuk swą broń czci i szanuje, przechowuje starannie, zmienia z musu, gdy ostrze zwęziło się do ostatnich granic, lub gdy prysło na suchym pniaku starej łozy. Wtedy wybiera, radzi się znawców, próbuje uchem, okiem, zębami, obchodzi wszystkie kramy, parę jarmarków, aż zdecydowany, po długim targu unosi swą broń do domu. Jeszcze sąsiedzi schodzą się, oglądają, chwalą lub ganią — i znowu opowieści o takiej „z ptaszkiem“, co ją miał Kuźma od ojca — i co mu ją zerwał hycel synek. „Bo i dureń Kuźma taką kosę dawać chłopcu na pierwszy rok roboty“.
Ruszają wywiady na błota — pojedyńcze chłopy starawe a mądre, i podczas gdy wieś kończy jare zasiewy, oni na pławicach kontrolują stan wody i ślady zimy po błotach. Koszą już po kilkadziesiąt lat, wszystko znają, wszystko rozumieją i umieją wywróżyć, jaki ten rok będzie.
Wieczorami cała wieś ich słucha, gdy wrócą z lustracji i oznacza się termin i plan kampanji — i oto w końcu maja wyludniają się wsie z mężczyzn. Ruszają „na ostrowy“. Tabory i zaopatrzenie skromne. Na wóz lub czółno ładuje