Strona:Maria Rodziewiczówna - Ona.djvu/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.



I

Do izdebki, służącej jej za mieszkanie, słońce wstępowało pierwsze i budziło ją. Wstawała wtedy żywo, codzień zaniepokojona, czy nie zaspała, broń Boże.
Ale wielki, murowany pałac, którego zajmowała poddasze, był głuchy i niemy, a świat przed oknem, różowy od świtu, ledwie się budzić zaczynał. Była pierwsza w całym dworze.
Uspokojona, odmawiała krótki pacierz, zaplatała dwa wielkie, ciemne warkocze i upinała je bez cienia pretensji wokoło głowy, obywając się przytem bez lustra. Odziewała się w wytartą, starannie cerowaną i oczyszczoną kamlotową sukienkę, kładła na wierzch wielki dymkowy fartuch i była gotowa.
Pośpiesznie sprzątała izdebkę, otwierała okienko, przyczem starannie obracała do słońca wazonik z mirtem, brała ze stolika trzy pęki kluczów, koszyk z robotą i wychodziła z izdebki.
Mieszkanie jej sąsiadowało z sypialniami pokojowych i tam wchodziła najpierwej.
— Moje drogie, — odzywała się łagodnie, prosząco — wstawajcie już. Pani będzie nierada.
Rozespane garderobiane czasem mruczały nie-