Strona:Maria Rodziewiczówna - Ona.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


bie bajał poważnie, wdzięczyła się toń rzeki do księżyca, co ją drżącą ścieżyną blasków przecinał, z błot chóralne wzbijały się śpiewy. Zdawało się Kostusi, że bór jej mówił: Dopuszczenie Boże, dopuszczenie Boże! Że woda szemrała: Życie mija, życie mija! A chór ptaków daleki a radosny dopowiadał: Po nocy dzień, po nocy dzień...
Wtem zadrżała nagle. Między temi szmerami w jej duszy był jeszcze jeden i ten mówił ludzkim, smutnym głosem: «Gdzie ona?... Gdzie ona?»...
I odpowiedziała na ten głos szeptem:
— Poczekaj! Przyjdę... Nie skróci mi jednak drogi nikt — chyba Bóg! Tedy nie wołaj mnie, ale Jego proś, boś u Niego na służbie.
Głos umilkł, a ona, pełna ciszy i rezygnacji, czekała ranka, raz ostatni żyjąc dla siebie.

KONIEC.