Strona:Maria Rodziewiczówna - Ona.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sporo krzątaniny w kuchni i domu, piekła strucle, zakładała czyste firanki, stroiła pokoje dla gości, dobywała z kredensów najparadniejsze nakrycia i adamaszkową bieliznę.
Od Nowego Roku liczyła dni do wiosny. Zwykle wtedy zostawała czas jakiś sama, bo państwo z całą rodziną wyjeżdżali do miasta, w części, by odwiedzić syna, w części dla karnawału.
Wtedy Kostusia pilnowała całości domu i służby i zarządzała wielkie oszczędności.
Ciotka za powrotem zastawała wszędzie wzorowy porządek i uradowaną twarzyczkę Kostusi na progu. Znajdowała też na swem biurku sporą paczkę pieniędzy zaoszczędzonych, oglądała składy i śpiżarnię i dawała Kostusi pamiątkę jaką; pierścionek z koralikiem, broszkę srebrną, sztuczkę płótna na koszule.
Fela podawała jej rękę, Jadwisia darowywała resztki cukierków i znoszone sztuczne kwiaty, wuj, jak zawsze, żartobliwy, całował zarumienioną w same usta.
— To od Kazia! — mawiał, mrugając oczami.
Usta Kostusi były czerwone i świeże, a ona sama smukła i pomimo niezgrabnego stroju, zręczna. Twarzyczkę miała ściągłą i rumianą, oczy siwe, ładnie ocienione, pełne siły i prawdy. Nad gładkiem czołem ciemne włosy, bardzo bujne i jedwabiste.
Taka była — ona — nazewnątrz i duchowo.