Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rafale, żeś chybił! No, bo sądzę, że radbyś był mnie sprzątnąć z tego świata! Cha, cha, cha!
Na Anielkę spojrzał i, pochylając się po kwiat nietknięty, podał go jej z uśmiechem.
— Nie uwierzy mi pani, gdy powiem, żem do niego umyślnie spudłował, bo to pani kwiat; ale temu chyba pani uwierzy, żem za tę rączkę ryzykował głowę pod strzał tego szaleńca. Kupiłem sobie tę rączkę!
Dziewczyna sponsowiała i cofnęła rękę.
— Pan taki nieznośny! — odparła grymaśnie, odymając usta.
— Przeproś pana Radwana, Feliksie! — wołał Sarnecki.
— Ani mi się śni! Za co?
— A choćby za dzisiejszą mistyfikację.
— Jaką mistyfikację? Powiadasz mi dzisiaj: potrzebuję potępieńca — daję ci potępieńca pięknego, młodego, wielkiego nawet bałamuta. To żadna mistyfikacja. Pozwalam ci go malować. Szkoda, że model na Franceskę tego Paola daleko, mógłbyś zrobić odrazu grupę. Rafał, masz zapewne fotografję swej ukochanej? Pokaż.
— Mam tylko pannę Nadzieję Satin! — odburknął. — Jedną z tuzina, których tyle nosiłeś z sobą.
— Co za Satin? — spytała panienka ciekawie.
— Kochanka jego ostatnia! — rzucił Rafał brutalnie.
Anielka oblała się krwistym rumieńcem, Feliksa oczy pociemniały od gniewu.
— Nie wstyd ci takie rzeczy pleść?
— Jeśli to uważasz za wstyd, to dlaczego robisz? A jeśli robisz, dlaczego się wstydzisz, i kłamiesz, i udajesz? Bo i na to wasza religja znajdzie wytłumaczenie