Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Elegancki jesteś! — oburzył się artysta, a panienka, która mało mówiła i co chwila podnosiła tylko oczy na Rafała, poruszyła się niecierpliwie.
— Panie Feliksie! Chodźmy lepiej do tych obiecanych czarnych jagód.
— Przerwaliśmy panu ćwiczenie z bronią! — zagadnął malarz uprzejmie. — Ostatni strzał był wyborny.
— Chodzą wypadki po ludziach — dorzucił drwiąco Feliks. — Czy to ciebie stara Brzezowa uczyła strzelać?
— Niech pan zawstydzi tego niepoprawnego dowcipnisia! — rzucił pojednawczo Sarnecki.
— Słuchajno, Rafale, urządźmy turniej! — zaproponował wesoły chłopak, porywając drugi pistolet.
— Ślicznie! — zaśmiała się panienka. — Kto zwycięży, ten drugiego przeprosi.
— Za co? — spytał Rafał, pierwszy raz spoglądając na nią.
Zapłoniła się cała pod tym wzrokiem i umilkła.
— Racja! — potwierdził Feliks. — Przeprosisz mnie, Rafale, za nieuszanowanie i jawny bunt przeciw mej powadze.
— Do czegóż będziemy strzelać? — spytał Radwan obojętnie.
— Do tego!
Chłopak poskoczył, zgiął się przed panienką, z pęku trzymanych przez nią kwiatów wyjął gałązkę wielkich dzwonków leśnych i zatknął ją w kępę jałowcu, rosnącego nad drogą.
Rafał ręce na piersi założył i drwiąco się przyglądał tym przygotowaniom.
Feliks bardzo tę sprawę wziął do serca: sam na ganku nabił drugi pistolet, odmierzył trzydzieści kroków, śmiał się, sypał dowcipy, podśpiewywał pod no-