Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ja się tylko z ludźmi nudzę, — odparł Rafał.
Leśniczy nie dopatrzył przymówki, zajęty myślą zabawienia gościa.
— Możeby pan zapolować lubił? — rzekł. — Zły to czas, ale na ciągi kaczek pójść można przed wieczorem.
— Możemy — mruknął Radwan.
— To dobrze! Mówił dziś pan: pamiętajcie, żeby panu Radwanowi na niczem nie zbywało! Do siebie też pana bardzo prosi.
— Do Adama przyjechałem i z wami zostanę.
— Dziękuję panu za chłopca i za siebie! Byle panu dobrze z nami było. Strzelać pan pewnie umie?
— Możemy spróbować przed polowaniem.
Leśniczy, uradowany z przedmiotu, dotyczącego jego kompetencji, żywo wszedł do domu. Broni różnej miał sporo, więc po chwili wrócił, niosąc dubeltówkę, sztucer dalekonośny, starą jednorurkę i parę pistoletów.
Rafał obejrzał każdą sztukę.
— Z czego pan sobie życzy, bym zdał egzamin? — spytał.
— Ano, ze strzelby najpierwej, a potem z pistoletów.
— A cel?
— W tę jodłę na brzegu. Sto kroków.
— Dobrze. W ten kawał pnia, gdzie sęk widać.
Zmierzył i wypalił. Stary żywo podbiegł.
— Najsumienniej, wedle obietnicy. Pan cały majster. W lewej rurce kula. Wyrzucam czapkę. Raz, dwa, trzy.
Strzał padł. Czapka zawirowała i spadła pod nogi leśniczego. Kula wybiła w niej regularny otwór.
— Brawo! — zawołał Lachnicki.
— Brawo! — powtórzył za nim obcy głos.