Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Co za formalistyka! A jeśli nie mam ochoty?
— Mnie i bez „jeśli“ tej ochoty braknie.
— To możemy sobie w takim razie zobopólnie dogodzić.
— I owszem.
Rozminęli się. Po chwili Feliks już na koniu dopędził go i zwolnił biegu gniadosza.
— Ale żebyś w swoich spacerach nie właził mi w drogę, byłbym ci bardzo obowiązany! — rzucił niechętnie.
— Nie wchodzę nikomu w drogę, kto mnie mija i nie zaczepia! — była ostra odpowiedź.
— Tego się po mnie nie spodziewaj. Lubię się z tobą pobawić i podrażnić! Zabawna jesteś purchawka! — zaśmiał się złośliwie Rahoza.
— Jak ci się podoba. Za skutki sam zapłacisz.
— Ejże! Będą nawet skutki? tem lepiej, będziesz jeszcze zabawniejszy! Do zobaczenia zatem!
Puścił cugle koniowi i jak wiatr popędził.
Dziwny grymas, niby uśmiechu, rozchylił wargi Rafała. Pantera tak musi szczerzyć zęby, gdy zbiera się do skoku na swą upatrzoną ofiarę.
Sekundę to trwało i znowu twarz młodzieńca wróciła do zwykłego, twardego wyrazu. Za śladem kopyt poszedł i po chwili z gąszczu wydostał się na gościniec leśny.
Domostwo Lachnickiego widać było na prawo.
Słońce stało w południu i piekło okropnie. Rafał miał dosyć wędrówki; zawrócił do straży i usiadł na ganku.
I tutaj nikogo nie było. Gospodarz był z psiarnią w lesie; stara sługa za rzekę się wybrała z bielizną;