Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Szatańsko piękne oczy Rafała spoczęły badawczo na twarzy dziewczyny, potem przeszły powoli po całej postaci.
— Rafał Radwan, mój kolega; panna Rahozówna — przedstawił ich zmieszany Adam.
Rafał zlekka dotknął czapki.
— Pan Lachnicki opowiadał mi właśnie o panu — rzekła przyjaźnie panienka.
— Ładnie mnie pewnie przedstawił! — mruknął niechętnie.
— Jako swego przyjaciela i prawego człowieka.
Był nacisk w tem powiedzeniu, który Rafał zrozumiał, bo zmierzył ich oboje wzrokiem i ramionami ruszył.
— Lepiejby było, żeby mniej gadał o sobie i o innych.
— Przyznaję ci rację w tym razie! — uśmiechnął się Adam.
Panienka weszła na kładkę, młodzi ludzie za nią. Za rzeczką, bez słowa pożegnania, Rafał zawrócił w prawo.
— Nie pójdziesz z nami? — spytał Adam.
— Bądź spokojny, ani myślę — odrzucił, oddalając się.
Z czasem swoim nie wiedział co robić. Ludzi nie cierpiał, książek nie miał, zajęcia nie rozumiał; ruszył przed siebie, bez drogi, w las.
Przyroda, która mędrca do podziwu wznosi, młodego jak wino podnieca, marzyciela duszę rozkoszą poi, artystę zachwytem napełnia, dla tego pogańsko-niewiernego umysłu, dla tej duszy zbuntowanej i szyderskiej, dla tego serca pustego nie miała uroku; była zamkniętą księgą. Wokoło niego zmieniały się widoki,