Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A tak. Do trzech dni najdalej. Jest czterdzieści stopni gorączki, jeszcze stopień, to się białko już zetnie, jak w jajku... i będzie koniec!
— Boże miłosierny! Co to koniec, co pan gada! Moje jedyne dziecko! Jakie białko! Ratunku! — wrzasnęła starowina, ręce łamiąc.
Student popatrzał raz jeszcze na chorą. Leżała biedna z odrzuconemi rękoma, po których kurcz przebiegał, sama nieruchoma, chuda i wątła, jak ptaszę, daleką drogą wycieńczone i już konające.
Przez trochę przymknięte, spalone usta, bielały zęby i buchał żar oddechu. Policzki miała, jak cegła, ciemne; czarne powieki spuszczone, a na czole wir zgmatwanych, czarnych włosów.
Wyglądała teraz dopiero tem, czem była. Istotą bez ciała prawie i sił, sztucznie pędzoną rośliną, atomem nędznym i nikłym.
Była to jego pierwsza ofiara na drodze życia. Odwrócił oczy obojętnie. Bardzo brzydką była.
— Przyślę pani doktora! — rzekł i wyszedł.
Wstąpił do swej izdebki, wziął pugilares z papierami, palto, czapkę i zamknęły się za nim na zawsze drzwi mieszkania. Nie miał co robić więcej! Zadał truciznę, która już wsiąkła w organizm umysłowy, rzucił urok, co już opętał duszę.
Mógł iść dalej swą drogą morderca i demon...