Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czoło przecięła brózda natężenia i wzgardy. Przepyszny był ten szatan.
Leonka podniosła głowę pod huraganem słów namiętnych. Blada była, a mistrz jej mówił dalej, porywając i druzgocąc wszelkie zapory:
— Niewolnik i głupiec, kto prawdy szuka po książkach, ze zdania starych. Niewolnik i głupi, kto wiedzę i filozofję chce pogodzić z religją, zwyczajami, obowiązkami! Niewolnik i głupi, kto się waha: co wolno, a co nie wolno, co wypada, a co nie, co można, a co nie można. Umysł ludzki musi wszystko zbadać, wszystkiego dotrzeć, wszystko objaśnić, więc wolnym być musi. Niema złego, tylko to, czego nie chcemy, bo nie możemy chcieć dla siebie złego, a wszystko, czego chcemy, jest dobre i dla nas konieczne. Gdy się otrząśniemy z pęt tych, gdy otrząśniemy z siebie pleśń wieków, wtedy zaledwie możemy szukać prawdy, sądzić bezstronnie i badać głęboko!
Leonka pochłaniała słowa. Dreszcz nią wstrząsał nerwowy, przestrach i poczucie własnej bezmiernej nędzy wobec takiego programu. Były to szczyty i źródła cudowne, o których mówiła Lachnickiemu. Od trzech lat nauka ta wsiąkała w jej duszę, napojem jej była i karmą.
Dawniej zawrót ją ogarniał wobec tych horyzontów; potem pociągniętą się poczuła i w głowie tej potarganej lęgły się i rosły, podsycane czytaniem i żywą mową mistrza, demony buntu i negacji.
O! mistrz to był niebezpieczny, a uczennica pojętna. Rozumieli się doskonale!
Wpływowi temu nic nie przeciwdziałało, oprócz suchej godziny religji w szkole, którą wydawała machinalnie, z obowiązku.