Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Kiedy objekt kipnął — pamiętasz? — był to wielki wynalazca, samouk, nędzarz — rozbijałem się za tym czerepem, a dostawszy go, mierzyłem, ważyłem, badałem. Idjotyczna nauka i idjoty jej adepci! Tyle w tej głowie sensu, co w rozbitym garnku. Wyrzuć nerwy, mózg, krwiste przewody, zostanie ci figa! Na nawóz cała facecja, i basta! Zmarnowałem trzy lata! Nie dziwię się, że mój ojciec dał szczutka medycynie, tylko, że zrobił to za późno. Ja już mam jego doświadczenie oprócz rozumu i zrobię to wcześnie.
— Jakto? Z trzeciego kursu? Z twemi zdolnościami rzucasz? Rafale, co tobie? Świetną przyszłość masz przed sobą i u wrót tryumfu ustajesz?
— Nie ustaję, ale zostawiam pole. Budujcie tę świetną przyszłość, oszukując osłów i siebie! Ja już opłaciłem frycówkę. Teraz bywajcie zdrowi!
— Cóż myślisz robić dalej? — pytał Lachnicki oszołomiony.
— Przedewszystkiem rzucić to obrzydłe gniazdo, nim mnie jeszcze do reszty nie ogłupiło! Ładna tu młodzież, przyjemne nauki, inteligentne towarzystwo, niema co mówić! Można skorzystać!
— Czego chcesz od naszej kolonji? Nie brak otwartych głów, śmiałych myśli i poglądów, wybitnych umysłów. Nie hulamy, nie żyjemy z długów, pracujemy!
— Winszuję, jeśli ci to wystarcza! Otwarte głowy chcą świat reformować, a nie potrafią odpowiedzieć, czem są, czem byli i czem będą — stado narwańców! Wybitne umysły zgrywają się w karty, a pracownicy, do których i ty się rachujesz, to gromada wołów, orzących niewolniczą rolę obowiązków, pod batogiem ro-