Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dobry wieczór pani — ozwał się sympatyczny głos — i przepraszam. Czy zastałem Rafała?
— Wyszedł, ale prosił, by pan na niego zaczekał.
Zamknęła drzwi i wprowadziła gościa do saloniku. Był to także student, trochę starszy od medyka. Wielkie, marzycielskie oczy, tak jasne, jak bławatki, rozjaśniały jego poważne, łagodne oblicze. Na jej wezwanie usiadł naprzeciw niej i, trochę onieśmielony, obracał w ręku czapkę.
— Zdaje mi się, żem dzisiaj spotkał na ulicy ojca pana Feliksa — rzekł wreszcie.
— Był tutaj. Pan go zna?
Po twarzy studenta przeszedł ognisty rumieniec.
— Znam, pani. Mój ojciec służy u pana Rahozy; jest nadleśnym — dodał po chwili.
Leonka poruszyła brwiami, na jej tylko wiadome, myślne spostrzeżenie.
— Pani jakby się dziwiła? — rzekł młody człowiek już śmielej.
— Nie. Tylko zestawiam panów. Pan cały człowiek, a Feliks słomiana lala.
— Pan Feliks urodził się w pałacu. Każdy szczyt dla niego bliższy i każdy ludzki ideał dostępniejszy. Dlatego mozolić się nie potrzebuje, ani mordować się nauką. On ma kartę legitymacyjną, od urodzenia daną tam, gdzie ja się wdzierać muszę, i kto wie, czy wedrę. Na jego miejscu możebym i ja używał tylko.
— Wątpię, a przeciwnie, jestem pewna tego, że pan Feliks na każdem miejscu byłby pasorzytem.
— Bardzo pani surowa.
— A pan stronny.
— Stronny? — zagadnął zdziwiony.