Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pierze napół skończone czerniało trudne matematyczne zadanie.
Obok, w izdebce lokatorów, Rafał się krzątał, coś gwiżdżąc przez zęby. Zanim się wzięła do roboty, słuchała chwilę i potrząsnęła głową.
— Złości się — mruknęła.
Wtem gwizdanie ustało. Student izdebkę zamknął i zajrzał do salonu.
— Czy pani dziś nie wychodzi? — spytał.
— Nie. Dzisiaj nie mam korepetycyj — odparła.
— Ja idę na miasto i wrócę wieczorem. Jeżeliby Lachnicki przyszedł do mnie, proszę go zatrzymać. Niech na mnie poczeka. Dobrze?
— Dobrze — rzekła, oglądając się na niego.
— Zostawić pani książkę? — zagadnął.
— Dziękuję. Nie mam czasu. Jutro czwarty egzamin.
— Farsa, te kobiece egzaminy. Niewarte zachodu — mruknął, ramionami ruszając.
Klucz zgrzytnął w zamku, wyszedł.
— Leonka, Leonka! — ozwała się pani Brzezowa. — Czy to ty wyszłaś?
— Jestem — odparła córka, wstając z rezygnacją.
— Chodźżeż tutaj! Chodź, posłuchaj, co to za prośba, jak to napisane! Głowa, mówię, kwadratowa tego Chruścickiego! Otóż to, widzisz trzeba przepisać tę suplikę i dołączyć kopję z tych trzech dokumentów; uważasz, jest to wwód i rezolucja guberskiego rządu, co do spadku; trzecie to metryka nieboszczki twojej babki; dla zapasu niech i to będzie, zaraz, zaraz mi to skopjuj, czytelnie, ładnie jak na imieniny wiersz! Rozumiesz? Bo ja wyjść muszę do radcy i nie wiem naprawdę, kiedy wrócę. Ot, masz i pisz!