Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


drów pewnie. Bez koligacji ludzie, kondycji nieosobliwej; dobrze pan dobrodziej mówi, dobrze!
— Gdzież to ich locum standi, kochany panie Rafale? — zagadnął Rahoza, wkładając pośpiesznie płaszcz. — Tylko mi pan napisz, bo zapomnę, i dużemi literami na stare oczy! Za obiadek dziękuję pani dobrodzice; drugim razem skorzystam, teraz mi do chłopca pilno, a i tak zmarudziłem. Rączki całuję, przepraszam za mitręgę; z Felisiem przyjdziemy. Do widzenia, panie Rafale!
Zamieniono tysiąc ukłonów i wreszcie się za gościem drzwi zamknęły, przy wtórze pożegnań i szczekaniu żuczka. Pani Brzezowa westchnęła.
— Ach, jakiż polityczny człowiek! Jaka rozmowa z nim pouczająca! Jak to zaraz poznać człowieka z głową! Ho, ho! Nawet zdaje mi się, że i tabakę zażywa! Panie Rafale, proszę do stołu.
Po chwili w małej jadalni siedzieli we troje nad owym, tylekroć wspominanym, barszczykiem i pierożkami. Student i Leonka jedli prędko, w milczeniu, gospodyni paplała za troje.
Pierwszy wstał Rafał i, mruknąwszy coś w kształcie podziękowania, wyszedł do siebie; za nim ruszyła Leonka do kuchenki i, założywszy gruby fartuch, zaczęła sprzątać i pomywać naczynia wespół z kucharką; pani Brzezowa zaś zamknęła się w swoim pokoju nad stosem sądowej bibuły.
Przez chwilę w hałaśliwym tym domu zapanowała wyjątkowa cisza, bo i Żuczek, wylizawszy talerze, usnął pod piecem i panią Brzezową pochłonęły dokumenty.
Leonka sprzątała szczątki obiadu, zamiotła jadalnię, wytarła skrzętnie kurze i z westchnieniem ulgi wróciła do saloniku, gdzie leżały jej książki, a na pa-