Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czynały szarpać, wpijać się w głąb, wywlekać zda się wnętrzności.
Naprzeciw niego, skulona na ziemi, trzęsąca się, leżała prawie biedna obłąkana.
Ona pierwsza rano zobaczyła swe dziecko martwe i wydała ów krzyk przeraźliwy, który ludzi sprowadził. Potem szarpała nieżywą i dźwignąć ją chciała, a wkońcu usiadła nad nią, bezsilna i zgnębiona zupełnie.
Z wzburzonym włosem, ledwie odziana, z szeroko rozwartemi źrenicami, bez myśli, nie spuszczała oczu z córki i zawodziła żałosnym głosem:
— To Zudry, Zudry ją zabili! O Boże, stąp Ty raz jeszcze do nas — na sąd. Wdowa Brzezowa jestem i nikogo już nie mam i na sprawiedliwość darmo czekam lat tyle. Leonka, Leonka! Moje ty ostatnie! Panie Boże, niech Zudry i Ochajny zatrzymają, bo i na co mi one teraz? Ale sprawiedliwość mi dajcie za całą krzywdę. Ja wszystkie sądy znam. Takie małe i ciasne, i wielkie jak kościoły, ja wszędzie byłam. A teraz wy, ludzie, i Ty, Boże mój, powiedzcie, gdzie ja teraz to dziecko poniosę? W jakim sądzie mnie za nią sprawiedliwość dadzą? Powiedzcie ludzie, powiedzcie! Ja pójdę... tylko sama nie wiem! Mnie jeszcze nikt takiej krzywdy nie zrobił. Pierwszy raz! Powiedzcie, ludzie! Powiedzcie! Leonka, Leonka!
Mówiła ciągle, monotonnym, jednostajnym tonem. Czasem tylko jakie słowo krzyknęła donośnie i znowu szemrała półgłosem.
W izbie zbierała się ciżba, wznosiły się szlochania i westchnienia głuche.
Tych dwoje, co najbliżej wartowało ciała, nie słyszeli nic, nie widzieli nikogo, tylko ten kwiat blady