Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— O Jezu! Słyszy pan, co się stało? Nasza dobrodziejka, ta panienka, panna Leonja! O Jezu!
Jak sprężyną ruszony, podskoczył. Czeszkę odtrącił, drzwi sobą rozwarł, wypadł na rynek, i o nic nie pytając, rzucił się tam, za oberżę.
Na krzyk ten straszny biegł, wskoczył do domku. Drzwi stały otworem. Znalazł się w pokoju. Stanął i sam nie wiedział, co się z nim działo i czy tam kto był jeszcze i kto jęczał.
W pokoju, na podłodze u okna, leżała Leonka. Chwilę myślał, że omdlała tylko; przypadł do niej. Dotknął rąk odrzuconych — były chłodne; dotknął serca — stało cicho, a obok na podłodze, straszny pewnik, walała się flaszeczka, z charakterystyczną trupią głową na etykiecie.
Powstał i o krok postąpił, wpatrzony obłąkanym wzrokiem w to ciało sztywne, w tę twarz białą, w sine usta i wielkie zagasłe oczy.
Rozpłynęły się włosy krucze po podłodze, a słońce poranne rzeźbiło wyraźnie każdy rys, każde skrzywienie oblicza.
Lotos jego leżał zerwany, zwiędły i nieżywy już. Nie ucieszy jego oczu, nie pociągnie szałem.
On przysiągł i ona przysięgła. Dotrzymali oboje. On przez zbrodnię — ona przez śmierć... śmierć... śmierć...
Żaden głos nie wydobył się z niego. Grom to był, co go zmiażdżył, odebrał wszelkie czucie, pozbawił pamięci. Nic nie słyszał z zewnątrz. A tam w środku czuł ból rosnący, wzbierający, wiercący każdy nerw, wydzierający mu po kawałku wszystko, co boleć mogło. Chwilami czuł, że go od tego bólu przytomność odbiega, że warjuje, że ginie; to znów te kleszcze po-