Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/253

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie trzeba! — burknął. — Pić dawaj!
Przyniosła piwa, odtrącił butelkę.
— Wódki chcę!
Spełniła w mig żądanie i wróciła do gości, których o tej porze bywało najwięcej.
Rafał wypił szklankę palącego trunku i, jak zwierz w klatce, począł chodzić po ciasnym alkierzu, potrącając sprzęty i rozbijając w rozpędzie czoło o ściany.
Schowankowa wsunęła się po godzinie, proponując wieczerzę.
— Pić! — odpowiedział, strącając na ziemię pustą butelkę.
Przywykła do jego żądań gwałtownych, podała drugą. Zawołano jej, wyszła, a on za nią drzwi na klucz zamknął i pił, chodząc wkółko bezustannie.
W izbie oberży wrzało długi czas, potem zwolna ucichło. Gospodyni odmawiała pacierze, łajała sługę, liczyła dzienny zarobek, potem zaryglowała drzwi i okna, zgasiła światło i odeszła na drugą stronę domu na spoczynek.
Musiało być późno. W domku Brzezowej lampka zgasła w sypialni, zajaśniało w gabinecie Leonki; miasteczko usypiało i zrzadka tylko kur zapiał, lub pies zawył, na niebie było chmurno.
W alkierzu rozlegały się wciąż kroki. Rafał drugą pustą butelkę ze stołu strącił i zatrzymał się wprost okna.
Szumiało mu w głowie i mózgu, po żyłach nie krew płynęła, ale wrzątek lawy, przez mgłę tę widział czerwono oświetlone okno naprzeciw.
Pijany był alkoholem i szałem i, na nic już niepamiętny, gotów do zbrodni.