Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/248

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kwiat rozkoszy — i pada. Niech go wtedy biorą bestje i odmęty, niech go zabije bóg. On doznał nirwany szału, on posiadł niebo miłości! On żył!... Tak się pieśń kończy!...
Gdy kobiety podniosły zamyślone głowę na skrzyp drzwi, Rafała nie było w pokoju.
— Szalony! — wymówiła pierwsza Leonka.
— Żebyś słyszała to, co dziś mówił! Boję się!
— Czego?
— Jakiego nieszczęścia z nim. On chory, ciężko chory.
— Biedak! — szepnęła Leonka. — Ta choroba to jego zwykły stan, może w tej chwili bardziej wybitny. Kiedy pomyślę, żem ja taką była i możebym została, gdyby nie wpływ twego narzeczonego, twój i twardej szkoły nieszczęścia, to mnie zgroza ogarnia i żal nad nim okropny. Przeklęty ten rozum ludzki i przeklęta wola, niczem nie krępowana! Wszak on samego siebie nienawidzi, i myśl szczęścia ze wstrętem odrzuca! I marnie, marnie zginąć musi!
— Leonko, czy ty się go nie boisz? — zagadnęła Kazia niespokojnie.
— Nie. Znam go dobrze. Zresztą my, pionierki nowych dróg i światów, nie możemy się bać, bobyśmy nigdy do celu swego nie doszły. Wam tradycje wyrównały tor życia, osłoniły was szczelnie przed każdym kamieniem obrazy; nam te kamienie pokrwawiły stopy, a tory własną siłą trzeba było zdobywać! Hej, hej! Między naszą bracią bojującą wykwitnąć muszą trzy rzeczy, rzadko znane kobietom: odwaga, zimna krew i zdrowie, jak stal hartowne; a zaniknąć także trzy: wrażliwość, plotkarstwo i płochość! Inaczej, nie będzie nas!