Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Poczciwa, zatopiona w abstrakcji i dobroczynnych uczynkach Kazia, nie rozumiała, że ta niespodzianka była gorzką dla obojga, jak owoc Martwego Morza, i wtrąciła dobrodusznie:
— Nieprawdaż, że pan Radwan fatalnie wygląda?
Leonka zmarszczyła brwi i zagryzła usta.
— Pan Radwan jest sam doktorem i wiedzieć powinien, co mu dolega. Mojej rady pewnieby nie przyjął. Pan dzisiaj wrócił?
— Przed chwilą.
— Zdrożony i pewnie głodny. Nie chciał jednak przyjąć ode mnie nawet kieliszka wina! — dodała Kazia.
Leonka popatrzyła na niego uważnie. W jej oczach mignął żal serdeczny, może jeszcze iskierka nadziei żyła.
Wzięła wino i podała mu.
— Proszę wypić za moje zdrowie, a potem opowiedzieć nam scenę jaką z tych pysznych zwrotnikowych krajów. Pan tyle widział, a tak niechętnie opowiada!
Wziął kieliszek i wypił bez protestu. Gdy szkło stawiał na stole, ręce mu drżały, jak w febrze, i głos był zmieniony, gdy odpowiadał:
— W moich wspomnieniach, jak we mnie, zawiele jest piekła dla waszych uszu. Nie opowiem nic, ale za to wino i na pożegnanie zaśpiewam pieśń daleką, tę samą, co Adama do śmierci kołysała.
Usiadł opodal od światła i, zapatrzony na Leonkę, śpiewać począł.
Język był niezrozumiały i rytm dziwny, oryginalny. Głos Rafała, pomimo nadużyć, jeszcze silny i giętki, zrazu był cichy i spokojny, jakby opowieść snuł, potem roztoczył się i zadźwięczał rzewną skargą, czy prośbą, czy modlitwą, polem rósł i potężniał, nabierał dźwięków