Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nawet uświęcić. Nieszczególnie to wam się udaje między wierzącymi nawet, a wolni, oprócz śmiechu pogardy, nic dla was nie mają.
— A jednak myśmy szczęśliwi i spokojni, a oni...
— Oni nieliczni i samotni jeszcze, jak olbrzymy wśród karłów! Przyjdzie jednak dzień, gdy jak zmurszały budynek zwalą wasz świat, a zasady wasze na wiatr rzucą i odmłodzi się cudnie ziemia nowa!
— W ów dzień Bóg nieśmiertelny zetrze tę ziemię. Ale on nie przyjdzie, nie, bo te karły nikłe dla tych olbrzymów uproszą łaskę!
Zaturkotał powóz pod gankiem. Kazia wstała żywo.
— Przepraszam pana, zaraz wrócę! — rzuciła, wychodząc. Nie było jej sporo czasu. Wróciła nie sama.
— Szczególne, ale bardzo pocieszające polepszenie — zabrzmiał w dalszym pokoju głos Leonki, — jeżeli tak dalej pójdzie, możemy spokojnie czekać lata. Marzec prawie się kończy.
— Chwała Bogu! A wiesz, że zrobię ci niespodziankę. Jest tu u mnie jeszcze jeden chory, potrzebujący twej opieki.
Leonka weszła i spojrzała dość obojętnie.
— I owszem! — rzekła i urwała.
— To pan! — szepnęła z mieszaniną przykrości i zdumienia.
Pani nie spodziewała się mnie widzieć więcej?
— Nie — odparła szczerze.
— Czy dlatego, żem pani nie pożegnał?
— Dlatego, że pan mówił, iż skończył swoją tu robotę.
— Jeszcze nie!