Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/243

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wszystkie lody bieguna stopić. Dla tego właśnie mnie w świat iść trzeba, gdzie te oceany, bo biada, gdy w miejscu zostanę!
— A jednak pan umie być tak dobrym dla ludzi!
— Głupstwo! Poco pani wmawia mi jakąś tam dobroć? Co to jest dobroć? Słabość, nędza i upokorzenie. Jeślim był dobry dla niego, to mnie za to los wyszydził. Żeby był Bóg i dobro na świecie, toby on żyć powinien, a ja nie! Nie pojmuję, jak może pani w Boga wierzyć, straciwszy jego; albo panna Leonja, patrząc na matkę. Ha, ha! Same wierzyć i mnie, mnie, chcieć nawrócić do takiego kultu, gdzie cierpieć zalecają i naturę gwałcić, dla jakiegoś tam imaginacyjnego nieba, w którem także ani woli, ani samodzielności niema! I jam sekundę słuchał cierpliwie! Głupiec!
Zaśmiał się demonicznie.
— Nie był pan nigdy nieszczęśliwym! — rzekła Kazia. — Wtedy ten Bóg, na pozór straszny i niedościgły, zmienia się w ojca czułego, a ta wiara sroga staje się cichą przystanią, od orkanów życia ratunkiem i ucieczką. Zda się wtedy, że na duszę, jak na ocean wichrem smagany, do głębi wzburzony, kładą się ręce kochające i uciszają czarem, że na rany krwawe i palące spływa gojąca oliwa; a gdy człowiek, jak rozbitek, śmierci czeka, otwierają mu wrota nieznane do innego życia.
— Nie rozumiem, jak człowiek może być nieszczęśliwym.
— A jeśli straci to wszystko, co ukochał?
— Co to jest ukochać!? Żądać! Żądać duchem i krwią, nerwami i rozumem, całym sobą. Gdy mężczyzna tak ukocha kobietę, to ją zdobyć musi pomimo waszego Boga i nieba i piekła, pomimo całego świata