Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/242

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nic mi nie jest. Dziesięć mil dziś zmachałem w taką bezdroż.
— Niepokoiliśmy się długą pana nieobecnością bardzo.
— Kamień kupiłem. Jutro go położą. Skończyłem już prawie swoją tu robotę.
— I pójdzie pan znowu w świat?
— Naturalnie. Za długo już siedzę!
Podała mu kieliszek wina, ale odmówił.
— Dziękuję pani, nie mogę pić teraz. Jestem już i bez tego pijany!
Spojrzała na niego przerażona. Pijanym nie był, ale chorym niezawodnie. Oczy mu świeciły nienaturalnie, usta miał czarne i spalone wewnętrznym żarem, na czole głęboką brózdę od natężenia myśli.
Usiadł ciężko, a podczas gdy ona żegnała dzieci, zgarbiony i niemy, spoglądał uparcie w ziemię.
— Dlaczego pan odchodzi i do czego? — spytała łagodnie, siadając naprzeciw niego i biorąc robotę do rąk. — Czy ma pan gdzie daleko, do czego i do kogo wrócić?
— A poco mi to? Nie znałem nigdy niewoli.
— I nigdy panu taka pustka nie dokuczyła?
— Łatwiej, chcąc, pustkę zapełnić, niż wyrwać coś z siebie. Na to żadna wola nie wystarczy.
— Poco wyrywać, co dobre?
— A skądże pewnik, że to dobre? Może złe? — zamruczał. — Pani znała dwoje duchów: siebie i Adama. Ha, ha! Coby pani rzekła, żeby zajrzała w głąb innych!
— Pożałowałabym ich z całego serca.
— Żal! Co to za głupie uczucie. Kropla wody w kipiątek. Nie zgasi i nawet nie ochłodzi, tylko ten wrzątek bardziej rozdrażni. Oceany lać trzeba w ten war,