Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/241

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Niema jeszcze! — odparła Leonka. — Zostawimy mu kolację, na wypadek gdy wróci, a mama niech zje tymczasem, bo już późno.
— Aha, późno, a do nas pozwów jak niema, tak niema!
— Prędko będą.
— Kto ci mówił? Sędzia?
— Sędzia. Lada dzień nadejdą.
— To dobrze. Trzeba jeść zatem, żeby siły wzmocnić, a potem spocząć, bo może to już jutro.
W pół godziny potem światło z sypialni przeniosło się do gabinetu.
U biurka przy oknie usiadła dzielna pracownica i pochyliła, jak niegdyś, ciemną głowę nad książką. Długo w noc świeciło się w tem oknie, bo i późno czasem pukano do tych drzwi z wezwaniem do chorego.

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

W parę dni potem nad wieczorem, Kazia, pokończywszy interesy z rządcą, siedziała w swym dawnym, narożnym pokoju i, uśpiwszy też chorą babkę, zebrała wkoło stołu kilkoro dziewczątek małych, które o tej godzinie zwykle uczyła katechizmu i robót.
Lekcja kończyła się już i dzieci świergotały wesoło, gdy drzwi się rozwarły i wszedł Rafał.
Od tygodnia nie widziała go. Nikomu nic nie mówiąc, odszedł i przepadł bez wieści; teraz prosto z drogi snadź wracał, obłocony, zmokły, a tak zmieniony był strasznie przez te dni kilka, że, spojrzawszy nań, nie mogła okrzyku powstrzymać.
— Pan chory!
— Ja? Czemu?
— Taki zmizerowany i blady. Ledwie poznałam pana. Proszę usiąść; zaraz każę wina podać.