Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


te książki, chodź, posłuchaj, jak ja tę obronę przerobiłam!
Ksiądz powstał z westchnieniem i nad pochyloną dzieweczką krzyż nakreślił.
— Do zobaczenia! Dziękuję ci i przepraszam, ale nie mogłem ścierpieć wątpliwości co do ciebie. Bolało mnie. Teraz odchodzę spokojny. Nie zawiodłem się na tobie. Pocieszy cię Bóg, zobaczysz!
Wyszedł, a Leonka poskoczyla do sypialni, gdzie starowina wstała od stołu i, trzymając w ręku zapisany arkusz, jęła czytać:
— W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego Amen!
„Wdowa Brzezowa jestem, wyzuta z mienia i ziemi i kąta własnego, skazana na żywot tułaczy, rękami Zudrów, ich wyzyskiem skrzywdzona. Oni pieniądze mają, mnie zostawili tylko siły sterane i krew. Pójdę do sądu, do Boga, do ludzi dobrych i przemogę ich, a wyjdę cała i z tryumfem, i zapłacić mi będą musieli i za wdowieństwo moje i za te siły i za krew. Każcie im płacić, bom stara i tyle już lat sprawiedliwości czekam. Gdzie ona? W sądzie pokoju? W gubernji? W senacie? Wszędzie dojdę, tylko powiedzcie, pokażcie, nie dajcie krzywdzie żyć, bezprawiu panować!“
Pochylona, z twarzą w dłoniach ukrytą, Leonka słuchała cierpliwie. Brzezowa przerwała:
— A co? Dobrze?
— Dobrze, mamo! Możeby mama nie pisała więcej dzisiaj. Ja skończę. Proszę zjeść cokolwiek.
— Skończysz? Dobre z ciebie dziecko! Jeść, mówisz, a czy wrócił Żuczek?
Żuczek dawno nie żył. Zabił go kamień ulicznika w progu sądu. Ona jednak zawsze myślała, że się gdzieś zabałamucił i wróci.