Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/204

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Może razem pójdziemy i tam! — odparł Radwan głucho.
Wskoczył na konia, a ten, wpół dziki, w szalonym galopie popędził za towarzyszami, rżąc i wierzgając. Obozowisko znikło w jednej chwili.
Dwa dni i dwie noce uganiali się za rozhulałemi bykami. Bert wyczerpał cały zapas przekleństw, Franz jęczał, że umrze, i uciekłby oddawna, gdyby nie bojaźń pięści Andenberga i zbłądzenia.
Rafała trapił nieznośny, ciągły niepokój.
Trzeciego dnia, niezdolny dłużej zapanować nad troską i złem przeczuciem, popędził naoślep, kierując się instynktem konia wciąż na północ.
Step zieleniał w całym przepychu, a on w uszach słyszał szum pożaru z gorączkowej zmory.
Gaucho pędził, leciał jak strzała; dym rósł, dusił, płomienie lizały już nogi końskie, ratunku nie było; jeszcze chwila, a rumak i jeździec padną bez tchu na popioły z traw...
Słońce zachodziło, gdy dopadł obozowiska. Adam leżał na swem zwykłem miejscu, z płaszczem nasuniętym na oczy. Uistiti powitała piskiem przybyłego. Zeskoczył na ziemię i podbiegł do chorego.
— Adam! — zawołał.
Nie było odpowiedzi, tylko słyszał gwałtowne, nieregularne bicie własnego serca.
— Adam! — powtórzył głośniej, uchylając płaszcza.
Nowe, dłuższe milczenie zapanowało wśród bogatej, słońcem oblanej płaszczyzny.
Serce Rafała przestało bić na sekundę, zimny pot oblał skronie, członki przeszedł dreszcz zgrozy.
Klęczał nad zimnemi zwłokami, a purpurowy zachód oblewał ich obu morzem jaskrawych płomieni,