Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ci w milczeniu strawić porażkę. Dziewczyna moja i do ciebie pewnie nie wróci. Poszukaj sobie innej!
— Pierwej mi tę płać! Słyszysz? Ja ci tego nigdy nie daruję?
— Alboż ja cię proszę o darowiznę? I owszem, obrachujmy się. Tylko teraz, w cztery oczy ze mną, nie zwyciężysz twoją ulubioną bronią. Tu trzeba trochę ołowiu i dużo krwi, mój panie! Cha, cha! To cię może ostudzi? Co?
Pomimo pozornego chłodu i szyderstwa, głos miał schrypnięty i głuchy, a twarz zmienioną szałem.
— Milcz i dawaj broń jaką! — wrzasnął Feliks, drżąc cały. — Nauczę cię, jak mi podstępnie bałamucić narzeczoną! Nauczę cię!...
Głosu mu nie stało.
Va bene! Chodźmy! — odparł Rafał, ruszając ramionami. — Poco tyle próżnej gawędy?
Wyszli z altany. Burza szalała nad Rahoźną. Gromy biły raz po razie, jak salwy armatnie, błyskawice kreśliły na czarnych chmurach, jakby litery tajemniczego pisma.
Obadwa dosiedli koni i ruszyli w stronę lasu, milcząc.
Wicher z deszczem siekł im twarze; droga w dół ku rzeczce była łożyskiem strumienia; wierzchowce, gnane prętami, sadziły przez zwalone pnie i gałęzie, obryzgując je wodą i błotem.
Minęli galopem straż, u ostatnich drzew boru stanął Rafał. Rahoźna, w tuman deszczowy owinięta, leżała przed nimi. Wskazał na nią.
— Może ci szkoda dziedzictwa? — spytał sarkastycznie.