Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wegetowała też w tym zaduchu i gorącu dziewczynka śniada i mizerna, pochylona nad stołem, zarzuconym szkolnemi książkami, zatopiona całą uwagą w ciężkiem arytmetycznem zadaniu.
Sztuka to była uczyć się w takiej spiekocie i przy wtórze matczynej gawędy; uczyła się jednak pilnie, nie podnosząc oczu z zeszytu.
Gdy gość wszedł i matka ją wezwała do bawienia, rzuciła pióro niecierpliwie i wstała z błyskiem niechęci w czarnych, jak węgiel, posępnych źrenicach. Ukłoniła się niezgrabnie i, gryząc blade wargi, żuła niezadowolenie. Młode to jeszcze bardzo było stworzenie, wysmukłe i mdłe, jak piwnicza roślina, bardzo anemiczne i bardzo brzydkie.
— Satin, słyszymy bardzo często od pana Feliksa — pomogła matczynej tępej pamięci.
— Ach, prawrda! Że też mi to wcześniej nie przyszło na myśl! Pan Feliks tam bywa, często bywa. Bardzo musi być porządny dom, bo i bukiety nosi i cukry i różne słodycze.
— To taak? — rzekł przeciągle stary Rahoza. — To taak! To tak tutaj prawo, pani, wartują, ha!
Smutne te uwagi przerwał Żuczek, wpadając do salonu w radosnych podskokach.
Był to pudelek, tem różny od psiego rodzaju, że miał ogon pomalowany na żółto, korpus na zielono, łapy na błękitno, a pyszczek purpurowy.
Tęczowy ten egzemplarz niósł w zębach zaczętą pończochę, za którą ciągnęła się nić i kłębek.
— Jezu! Moja pończocha! — wrzasnęła pawim głosem pani Brzezowa. — Wczoraj zarobiłam piętę, miałam spuszczać. Ach, ten pies utrapiony! No, poczekaj, niechno cię dostanę w ręce!