Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie wiem. Oczekują go codzień. Dziwnie się opóźnia w tym roku.
— Umyślnie. Żeby moją cierpliwość doprowadzić do ostatecznych granic.
— Masz do niego interes?
— Mam stare rachunki do uporządkowania przed odjazdem w świat.
— W świat! — powtórzył Adam, jak lunatyk. — I weźmiesz mię z sobą?
— Wolnego, tak i na zawsze!
— Na zawsze, a pewnie! Do czego mi wracać i do kogo!
Posiedział jeszcze chwilę milczący, potem wyszedł, zataczając się, jak pijany.
Za nim Rafał popatrzył drwiąco i zawołał na Trudę, by szła na plebanję po róże, które z sobą zawsze wiózł do Sarnowa.
Ton jego rozkazu był niecierpliwy i złośliwy, jakby chodziło o splatanie komu figla.
Po południu gniadosza siodłać kazał i, wyświeżony, z maską swobodnej uprzejmości na twarzy, z różą u klapy surduta, wyszedł przed oberżę.
W tejże chwili, na środku placu zgiełk się podniósł i zbiegowisko ludzi skupiać się poczęło i śmiać.
Młody człowiek, prowadząc wierzchowca za cugle, zbliżył się, rozepchnął gapiów, zajrzał do wnętrza gromady.
Tam, na kupie śmieci, twarzą do ziemi, leżała Brzezowa bez ruchu. Piesek wystraszony przypadł do niej, tuląc się przed pociskami urwisów.
Padały na niego, jak grad, trzaski, zlepki zeschłego błota, grudki cegieł. Niektóre, zamiast w niego, trafiały w leżącą nędzarkę i pokrywały ją kurzem i śmieciem.