Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wstyd ci! A jeżeli unieszczęśliwi ją twoja nauka?
— Każdy powinien mieć rozum dla siebie. A mnie co do niej?
— Kainowa odpowiedź!...
— Moja własna i zupełnie logiczna.
— I bez serca.
— Nie mówimy o sercu, ale o Brzezowej i Brzezównie. Żegnam cię tymczasem.
— Powiedz, dokąd jedziesz. Nie zdradzę zaufania.
— Może być, ale ja powiernice i powierników toleruję tylko w greckich dramatach.
— Gdzież się zobaczymy?
— U Schowankowej każdego rana, jeśli chcesz.
Siadł na koń i ruszył z kopyta do Sarnowa.
I tak każdego poobiedzia, potem i rano, jechał tą samą drogą codzień weselszy. Adam go raz spotkał o zmroku, wracającego do miasteczka i zaczepił.
— Skąd jedziesz?
— Z Cytery! — odparł po swojemu, a mijając go, nucił aryjkę operetkową.
Nie, on nie kochał Anielki! Serca nie miał, a krew jego burzliwa wrzała chęcią odwetu i piekielną radością coraz pewniejszego zwycięstwa.
Tydzień minął, a Feliks nie wracał. Potępieniec Danta, Paweł, występował cudownie piękny z ram obrazu Kazimierza, wkradał się do serca dziewczyny. Schwytała się na gorącym uczynku niepokoju, gdy spóźniał się, tęsknoty po odjeździe, drżenia serca, gdy w jej oczy zatapiał płomienne źrenice.
Feliksa polubiła powoli, jasnem uczuciem; Rafał ogarniał ją nagle, jak płomień, pożarem namiętności.
Kazimierz nic nie widział, oprócz swego przepysz-