Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie pojedzie już więcej zagranicę.
— A bo i poco? Posiadł już wszystkie rozumy.
— Starzeje się nasz pan! — szeptał dalej Niemiec, uśmiechając się grymasem złośliwej małpy. — Okradają go na wszystkie strony i rozszarpaliby prędko te jego bogactwa, gdyby nie miał tego młodego Lachnickiego. Taki to dziwny człowiek! Zabićby się dał za Rahozów!
— Za to go pewnie oni zabiją! — rzekł niewyraźnie Rafał.
— Pan mówi?
— Nie do was.
Do oberży ktoś wszedł i zażądał wódki. Schowankowa podniosła protest i domagała się pieniędzy. Powstał spór i kłótnia, najeżona przekleństwami. Rafał się obejrzał.
— Cicho, babo! — krzyknął spojrzawszy na strój obdarty i mizerną twarz gościa. — Daj mu wódki, ja zapłacę.
Obdartus przyjrzał mu się i podszedł bliżej.
— Dziękuję panu! To tałałajstwo z naszej krwawicy się wzbogaciło, a teraz na panów się zapatruje! Och, te pany! Żeby im dobra Bóg nie dał!
Mizerny, łachmanami odziany, osiwiały i dziki, podniósł pięść chudą i w stronę dworu pogroził.
Still! Still! — zawołał Ruprecht lękliwie.
— Co ty mi będziesz przeszkadzał, Szwabie? — zawarczał człek zuchwale. — Gryszan milczał tam w lesie i w pańskiej kancelarji. Karczma nasza i ja teraz swój pan!
Kieliszek wódki wypił i w boki się wziął.
— To już nie służycie? — spytał Rafał, rzucając za niego monetę na szynkwas.