Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Po licach Radwana przeszło bezmierne zdumienie: wychylił się prędko przez okno i spojrzał za tą czeredą.
Potz Blitz! — szepnął sam do siebie. — A to co? Halucynacja?
— Ach, panie! — wzdychał Ruprecht żałośnie. — Więc pan z Monachjum prosto! O weh! I Minnę pan widział? Jakże ona wygląda? Franz, pisała mi, będzie uczonym. Czy też wspominają mię oni?
— Wasza synowa szwalnię ma podobno, a wasz Franz czeka, by pobudowali przytułek dla idjotów. Tam się ulokuje — odparł.
Ruprecht głową pokiwał.
— Braknie tam, braknie męskiej głowy i dłoni... — rzekł, starając się wyprostować i przybrać wyraz męskiej siły. — Pieniędzy tyle posyłam, a zamiast podziękować, coraz nowych żądają. Co pan myśli? A żebym ja do nich pojechał?
— Jak się podoba.... Wypędzą niezawodnie z domu.
— Co pan mówi? Gott erbarme! Całe życie im poświęciłem!
— To i cóż z tego? Ludzie tem się różnią od zwierząt, że znoszą dobrodziejstwo jak hańbę, a wdzięczności się wstydzą.
Znowu wyjrzał na rynek i poruszył brwiami.
— To jednak szczególne! — zauważył półgłosem.
Ale wnet nowa myśl mu przyszła, bo rozparł się na stole i, pochylając się ku Niemcowi, spytał szydersko:
— Na cóż? Gadają w waszym pałacu o małżeństwie pana Feliksa?
— Czekają lada dzień jego przyjazdu i zapewne jeszcze tego lata coś się stanowczego stanie.
— Pewnie! — potwierdził Rafał ze śmiechem.