Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i wbrew chęci, powtarzać musiał tę prawdę nagą i ohydną:
— Za miesiąc, może prędzej, rzucisz to wszystko i precz pójdziesz, samotny na całe życie! Nie wyprzędą już ci Parki złotej nici, nie wskrześnie twój sen prześniony.
Młody człowiek wzdrygnął się.
— Nie, nie! — wyszeptał do siebie. — Nie pójdę... będę milczał.
Nie było to jednak silne postanowienie; był to strach tylko, marna obrona przed pokusą Radwana.

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Rafał znalazł u Schowankowej to, co przed dwoma laty pożegnał; grubą gospodynię, Trudę zalotną, wybladłego wyrostka i dawnych gości oberży. Dostał alkierzyk na mieszkanie, wychodzący na wewnętrzne dziedzińce i ogrody, umówił się o wikt, żyda faktora posłał, żeby mu kupił konia, spytał o Ruprechta i legł nareszcie spać.
Zbudzono go o południu. Na gniadosza, którego mu żyd zachwalał, ledwie spojrzał, zapłacił co chciano i kazał go do stajni odprowadzić.
Pedagoga o jego bytności uprzedziło chyba przeczucie, bo już był, rozradowany, ożywiony i napadł go pytaniami o Franza i ukochaną Minnę.
Zasiedli obaj do piwa i obiadu u otwartego okna, z widokiem na rynek i dworską wysadę.
— Dobry punkt do obserwacji — zamruczał Rafał przez zęby ze złośliwym uśmiechem.
Gdy to mówił, pod oknem przesunęła się jakaś niewielka, zgarbiona postać, za nią z krzykiem i śmiechem biegło kilku obdartusów.