Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Verflucht, verdammt! — zaklął Radwan.
— Cicho, nie klnij, co to pomoże? Prorokowałeś, że się zmarnuję. Stało się. Niema o czem mówić. Ale ty skąd przychodzisz? Pisałem do ciebie kilka razy. Nie otrzymałeś listów?
— Może i otrzymałem, ale ja listów nigdy nie czytam. Zapewne je wyrzuciłem z innemi. No, otwórz mi swoją warownię. Pogadamy.
— Daruj, że cię trzymam na dworze. Zrobiłeś mi tak wielką i radosną niespodziankę, że o bożym świecie zapomniałem. Zwątpiłem, że się kiedykolwiek w życiu spotkamy.
Po chwili siedzieli naprzeciw siebie w dawnej sypialni nadleśnego.
— Gadaj teraz — rzekł Rafał.
— Stało się to następnej zaraz jesieni, w adwencie. Pan Rahoza postanowił urządzić leśne gospodarstwo. Sprowadził jakiegoś Włocha, poczęto las ciąć w kwadraty, dzielić na folwarki, rozgraniczać trybami, numerować drzewa. Roboty było mnóstwo. Ojczysko się zmógł, może się zgryzł nieraz, może żałował starych jodeł i cichych legowisk zwierza, przeziąbł, zmordował się i dostał zapalenia płuc. Tak to szło piorunem. Panna Kazimiera wezwała mnie depeszą, ale zanim się uwolniłem i dojechałem, zastałem w chacie heblowiny z trumny, swąd jałowcu i opróżnione posłanie. Wszystko się beze mnie skończyło.
— Tem lepiej. Trzeba było zawrócić, plunąć i dalej swoją drogą iść!
— Pomodliłem się na grobie, obszedłem kąty i tak miałem zrobić, jak mówisz, gdy mnie na drugi dzień wezwano do dworu. Poszedłem, nie rozumiejąc, czego chciano ode mnie. Pan Rahoza przyjął mnie chłodno.