Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


oko twoje złośliwe jest, iżem ja jest dobry? Tak ci ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi!...“
Oddech filozofa cichł, odzywał się, jak z otchłani, potem zadygotał razy parę i znieruchomiał: nie żył...
Lat dwanaście ubiegło od tego dnia. W mieszkaniu były te same księgi, ten sam fotel skórą obity, stół papierami zarzucony, wyschły kałamarz, twarde posłanie bez krzyża i obrazka, ten sam chłód i pustka. Dziecko wyrosło na młodzieńca, pięknego, jak efeb grecki, strasznego, jak anioł strącony.
Spuściznę filozofa wykonali koledzy. Zostawiono go samego z sobą, z chaosem myśli, co mu ryły mózg, z miljonem sprzecznych zdań i teoryj, z walkami, co burzyły błędną duszę, osiadając na jej dnie mętami.
Sam był, gdy chwytał jakby przebłyski prawdy w tumanie i tracił je, dochodził do nowych rozdroży i wracał do niewiary, jeszcze błędniejszy, zrozpaczony, wściekły, bluźniąc tylko i plwając na wszystko pogardą.
Karol Radwan, dając mu wolność nieograniczoną, przeczuł jego umysł potężny, jego ducha wszechstronnego, jego myśl bogatą; zresztą nic.
Czarną, bezdenną tonią była natura ta, a pod wodą tą cichą i niezbadaną był wulkan piekielnej złości, dumy, pychy, ambicji i żądzy panowania.
A nie było dłoni bratniej, coby go ugasiła; nie było rady druha, pociechy serca kochającego.
On sam go nie szukał. Duma się wzdrygała na myśl wyznania, pokory, skargi. Sądził się dość silnym do walki samodzielnej, a był tylko zuchwałym i pysznym, i pycha rozsadzała mu piersi, wyjąc: ja pan, władca, moja istota do mnie należy, moją jest niewolnicą.
Aż nareszcie wulkan wybuchnął, zahuczał, stojąca