Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Światło buchnęło, tłumiąc blask księżyca, rozjaśniając ściany i sprzęty. Oczy profesora przeszły po szafach i stole, pełnym ksiąg. Pożegnał je ostatniem spojrzeniem.
— Przyjaciele! — szepnął ze smutnym uśmiechem. — Służcie mu, jakeście mnie służyli!
Rafał naoślep wziął z półki zakurzony, mały tomik, przyklęknął u łóżka i czytać począł ze środka na chybił trafił, nie spojrzawszy na tytuł, nie rozumiejąc słów, machinalnie.
Chory nie przerwał czytania, może nie słyszał treści; chrapał, cisnąc dłońmi piersi.
A nad nim monotonny, niepewny głos chłopca czytał przez łzy słowa wielkiej wiary i prawdy, odrzuconej i wyszydzonej w tem mieszkaniu; czytał ewangelję świętą.
Skąd ona się znalazła w księgach ateusza?
Czy była spuścizną matki lub innej kobiety, która przez życie filozofa przeszła, jak spadająca gwiazda, nie zostawiając po sobie wspomnienia i pamięci, śladu żadnego pobytu? Dziwny traf!...
A może i on słyszał parabolę o nie ludzkiem miłosierdziu i łasce tego Boga, którego porzucił.
— „A gdy wieczór przyszedł, rzekł Pan sprawcy swemu: Zawołaj robotniki i oddaj im zapłatę, począwszy od ostatnich do pierwszych. Gdy tedy przyszli, którzy około jedenastej najęci byli, wzięli każdy po groszu. Przyszedłszy też i pierwsi... wzięli także po groszu. A wziąwszy, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: ci ostatni jedną godzinę robili, a uczyniłeś je równymi nam, którzyśmy znieśli ciężar dnia i upalenie! A on, odpowiadając, rzekł jednemu z nich: Przyjacielu... czyli mi się nie godzi uczynić, co chcę? Czyli