Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Słowa ojca tworzyły mu w głowie fantastyczne obrazy, szumiały, napełniały go dumą i rozkoszą. Zrozumiał, że zimny filozof myślał o nim, obserwował, kochał.
— Rafał! — wyrwał go z zadumy schrypnięty głos starego.
Zerwał się na nogi i spojrzał. Mędrzec leżał na wznak, kościano-żółty, z kroplami potu na czole. Ręce szarpały bieliznę na piersi; brakło mu już powietrza. Oczy, zapatrzone w cienie pokoju, zachodziły mgłą szarą.
— Rafale! — powtórzył.
Syn pochylił się nad nim.
— Czy widzisz? Lampa gaśnie, życie uchodzi. Trzeba się śpieszyć. Mam ci coś powiedzieć jeszcze, a już mnie ciemność ogarnia i umysł się mroczy. Jak tu duszno! Otwórz okno!
Chłopak usłuchał. Kłąb świeżego powietrza zaleciał od ogrodów miejskich i księżyc z za uchylonej firanki zajrzał aż na wychudłą, spaloną gorączką twarz konającego. Wyglądała martwa, zimna, mroczna. Ręka śmierci sięgnęła już ku niej i rysy zesztywniały pod tem dotknięciem.
A jednak żył w nim duch jeszcze i rzucał swe ostatnie, dogasające błyski, jak rakiety, świetne, lecz przelotne.
— Posłuchaj mię uważnie, a jeżeli nie zrozumiesz, to cię życie nauczy kiedyś: strzeż twego serca logiką i rozumem, bo z serca przychodzi śmierć człowiecza. Zapamiętasz?
Rafał głową skinął.
— Przyjaciela, brata powiernika, nie szukaj wśród ludzi, ale stań się tem sam dla siebie. Sądź się surowo