Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zapewne, ale ja, ateusz, wykrętów, wstydu i fałszu nie rozumiem. Zapytałeś, odpowiadam.
Feliks zagryzł usta. Zadać kłam, to narazić siebie na bezwzględne odkrycie i cały szereg nagich faktów. Rafała nie powstrzyma od opowieści skandalicznej ani obecność obcych, ani nawet kobiety. Trzeba było zmilczeć i znieść tym razem. Walka stawała się nierówną, młody Rahoza raz pierwszy zszedł z placu.
— Zapłacisz mi za to! — pomyślał, wściekły za porażkę.
Panienka zgorszona odeszła, Sarnecki z marsem na czole gładził brodę, dobry ton zerwał się nagle.
Rafał tryumfująco się zaśmiał, ręce włożył w kieszenie i bez pożegnania wszedł do domu.
— Feliks, — upomniał malarz — nie drażnij tego człowieka. Bo i czego ty chcesz od niego?
— Nie cierpię go! — wybuchnął Rahoza. — Antypatycznie nienawidzę!
— Dlaczego?
— Bo nie cierpię i basta. Nie znoszę jego widoku!
— Przepyszny jest! Ach, gdyby zechciał mi choć parę razy pozować, choć raz, choć godzinę! Czy myślisz, że go potrafię namówić?
— Myślę, jakbym się nad nim zemścić mógł za ten ostatni koncept. Gbur wstrętny!
— Wyzwałeś go sam. Ach! te jego oczy i rysunek ust i formy! Ja go muszę ubłagać o parę posiedzeń.
— Kaziu, chodźmy już! — zawołała siostra.
Feliks podbiegł do niej. Artysta ruszył sam na końcu, oglądając się jeszcze na straż samotną. Postanowił tu wrócić jutro i pojutrze, aż postawi na swojem.
Naprzeciw niego drogą wracał do leśniczówki Adam. Nie spostrzegli się wzajemnie, rozminęli zajęci