Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Leonka, Leonka! Ktoś dzwoni! — wołał głos kobiecy, przeciągłym białoruskim akcentem. — Odeprzyjże drzwi, bo ja właśnie szołtonosami zajęta! Żaczek, będziesz ty cicho!
Ale Żaczek wcale być cicho nie myślał, tylko wrzeszczał wniebogłosy; natomiast z głębi rozległy się kroki i u drzwi ucichły.
— Leonka, Leonka! Czyżeż ty nie słyszysz! Odeprzyj drzwi; to może który z panów na obiad!
— A czemże otworzę? — odparł mrukliwie drugi głos.
— Jakże to czem? Kluczem-to przecie!
— Kiedyż klucza wcale niema.
— Jezusie! Marjo! Jakto klucza niema! A gdzieżeżby się on podział! Poszukajże, dziecko, bo ja właśnie szołtonosy na wodę puszczam! Żaczek, poczekaj, dam ja tobie, dam!
— Gdzież mam szukać, kiedy go niema! — odparł obojętnie drugi głos. — Pewnie pan Feliks wziął go z sobą!
— Co ty gadasz! Nie może być! Nic beze mnie się nie obejdzie! A któż to dzwoni?
— Nie mogę widzieć przez deski!
— To spytajże się! Albo nie, poczekaj! Już sama idę. Ach Boże, gdzież to mój czepek! Leonka, nie widziałaś czepka? Tylko co leżał ot tu na krześle i już niema. Okropność, jak w tym domu wszystko ginie! Nigdy w innych mieszkaniach tego nie bywało; takie widno założenie feralne, Jezus!!!
Pauza, i wnet podniósł się żałosny lament Żaczka, targanego snadź za uszy i okrzyki:
— Ot tobie mój czepek! Ot tobie rozpusta! Ot tobie psie figle! Masz, masz, masz, masz!