Strona:Maria Rodziewiczówna - Klejnot.djvu/300

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I nagle objęła głowę w ręce i zajęczała, kurcząc się jak w wielkim bólu, jak ranna śmiertelnie.
Potém się porwała i spojrzała na staruszkę.
— Żeby ona miała siłę przekląć go przed śmiercią! — zawołała dziko, z bezmierną wściekłością — i przekląć tych, którym świata mało. O, żeby przeklęła! Ją-by Bóg wysłuchał, ją, zamordowaną!
— Józiu, opamiętaj się! — przerażona zawołała Basia, która nie spodziewała się takiego wybuchu.
— Dlaczego mam się opamiętać? Na Boże dopusty i wolę milczeć będę, znosić, co On mi da! Ale na ludzki mord wołać będę krwią ostatnią, pomsty Bożéj wzywać dniem i nocą!
— Józiu, toć twój mąż! — szepnęła Basia.
— Właśnie dlatego mu nie daruję! Jam nie poganka, ani niewolnica. Jam jemu równa; ślubowałam mu, nie ciało moje tylko, ale ducha i myśl, pracę i pomoc. Ty wiesz, jak-em pracowała i znosiła ochotnie. A on moją świątynię sprzedał, jak Judasz; mi serce wydarł, pracę zniszczył i z tego gniazda precz mnie goni. Jakiém prawem? Ja dzieci mam, to ich gniazdo; my nie wędrowne ptaki; nas tu Bóg osadził. A on śmie Boże wyroki zmieniać, on śmie wstyd kłaść na nasze głowy niewinne! Niech-że wstyd sam znosi: ja za nim w hańbę nie pójdę!
Basia nie rzekła słowa. Znękana, usiadła u posłania, a Iliniczowa osunęła się także na krzesło. W ciężkiéj ciszy pokoju tylko staruszka żegnała