Strona:Maria Rodziewiczówna - Klejnot.djvu/290

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I wszyscy umilkli. Wicher wpadł w komin i rzucił na izbę kłąb dymu. Za oknem żałośnie pies wył, prześladowany przez chłód i zadymkę.
Basia zakryła rękoma twarz i myślała z goryczą nad rozpaczą kuzynki.
Przyszło jéj na myśl, że niegdyś, przed siedmiu laty, gdy wróciła z klasztoru, Ilinicz o nią się starał. Gdyby była się zgodziła i poszła za niego, byłaby dziś w położeniu Józi: ptakiem wyrzuconym z gniazda. Mimowoli z wielką czułością przygarnęła się do ojca i przytuliła do jego kolan. Była z nim tak bezpieczna, tak spokojna! Uczuła się w swojéj ciężkiéj i niewdzięcznéj pracy pokrzepioną na długo tém porównaniem. A stary, dłoń powoli przesuwając po jéj włosach, mówił ze smutkiem spokojnym, jaki daje wiek i rozwaga:
— Źleś zrobił. Dobry interes jest ten, co daje spokój w sercu, a ty go mieć nie będziesz. A wiesz dlaczego? Boś słowianin — słowianin marzyciel, a nie myśliciel, uczuciowy, fantasta, miękki i uczciwy do łatwowierności. Takim go wieki urobiły, i dlatego ukochał rolę. Ty gwałtem kult ten burzysz i zmarniejesz! A wiesz ty, co twoje dzieci uczynią, gdy im się w życiu poszczęści i grosz zbiorą? Wrócą na rolę! A wiesz ty, o czém marzyć będziesz za rok, jeśli nie zbankrutujesz na aferach, do których nie jesteś przygotowany, ani zdatny? O zagonie własnym i czarnym chlebie z niego! Mój drogi! Czasy są ciężkie, praca