Strona:Maria Rodziewiczówna - Klejnot.djvu/285

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została skorygowana.


Baha to spostrzegł i, skończywszy zapisywać, zgarnął go z gazetami razem na bok.
— A trucizna przeklęta! — zamruczał. — Mało tu jest własnych trosk i kłopotów? jeszcze sąsiedzi czują się w obowiązku swoje tu znosić. A my co na to poradzimy! a pan Seweryn miał czem papier czernić! Niechby jechał i ratował siostrę! A zresztą audiatur et altera pars.
— Ciekawam, czy Józia już o tem wie? — szepnęła Basia.
— Ja-bym nie chciał nawet tam być, gdy się dowie — odparł Baha. — Kobieta kocha ten dwór jak czwarte dziecko. A stara pani Iliniczowa! Téj żywcem ztamtąd nie wywiozą!
I stęknął stary.
— I Seweryn pisze co najgorsze na końcu — rzekł pan Oyrzanowski — że i on na tym brzegu, co Ilinicz.
— On stetryczał doszczętnie! Jemu czas się żenić: a to gotów zwaryować, jak stary marszałek.
W téj chwili psy poczęły ujadać i rozbity dzwonek rozległ się na dziedzińcu. Basia zbladła.
— To pewnie z miasteczka po podatek — szepnęła, drżącą ręką zapalając świecę.
— To ja go załatwię — zawołał Baha.
Wyszedł, a Oyrzanowski córkę ramieniem objął i do siebie przytulił.
— Biedactwo! śniła mi się dzisiaj twoja matka —